Close
W trosce o przyjazny dom

W trosce o „przyjazny” dom, czyli o tym, jak zostałam gospodynią domową

Marna ze mnie gospodyni – muszę to przyznać. Nigdy nie aspirowałam do roli perfekcyjnej pani domu i nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będzie to miało dla mnie znaczenie…Cóż, po trzydziestu pięciu latach życia, wiem, że jedyną stałą jest zmienna – niczego nie można być pewnym. Odkąd mam Męża, a zwłaszcza Syna, mój stosunek do tych spraw nieco się zmienił. Podkreślam „nieco”, ponieważ nie latam całymi dniami z miotłą czy chochlą. Na pewno większą wagę zaczęłam przywiązywać do otoczenia, do tego czy jest to przestrzeń przyjazna zarówno dla mnie, jak i dla mojej rodziny.

Dom wyobrażam sobie jako bezpieczną przystań,

miejsce, w którym odpoczywam, uciekam od szumu miasta, natłoku codziennych spraw, wszechobecnego pędu. Dlatego musi to być strefa, w której nic nie jest przypadkowe. Każdy szczegół powinien być dopracowany – nie tylko funkcjonalny, ale i miły dla oka. Kiedyś ideałem było dla mnie zagracone mieszkanko pełne książek (takie jak u Borejków z Jeżycjady). Dzisiaj, najbardziej optymalny wydaje mi się minimalizm. Jest, moim zdaniem, niebywale praktyczny, ale i relaksujący. Żyjemy w świecie pełnym bodźców, nasze zmysły są atakowane z każdej strony, wszystkiego jest w nadmiarze. Stąd pragnienie, by dom był azylem, w którym można ukoić zmysły.

Znacie „Magię sprzątania” Marie Kondo? Podoba mi się idea,

którą autorka propaguje, a mianowicie: pozbądź się wszystkiego, co zbędne lub nie przynosi Ci radości, a w Twoim mieszkaniu zapanuje ład. Wiem, brzmi podejrzanie, ale po głębszym zastanowieniu to ma sens. Zastanówcie się, ile z tych rzeczy, które posiadacie faktycznie potrzebujecie? Ja na przykład jestem miłośniczką książek, lekko sfiksowaną, bo uświadomiłam sobie, że trzymałam na półkach lektury, które nie wywarły na mnie żadnego wrażenia dla samego faktu posiadania książki. W tej chwili zostały tylko te, do których uwielbiam wracać, są swego rodzaju remedium na smutki.

Dążę więc powoli do redukcji,

bowiem przestrzeń pozbawiona nadmiaru koi, ale i usprawnia codzienne życie. Coraz więcej też myślę o tym, żeby w naszym domu było po prostu schludnie i czysto. Z dzieckiem nie można pozwolić sobie na niedbalstwo, ponieważ mały odkrywca interesuje się dosłownie wszystkim, nawet pyłkiem na podłodze, a wszystko co w znajdzie się w jego małej rączce ląduje zaraz w buzi. Dlatego kwestia porządku stała się w moim życiu kluczowa. Nie będę jednak opisywać w jaki sposób radzę sobie z bałaganem, przedstawię Wam za to środek, którym ostatnio walczę z brudem.

Dzięki zespołowi Polski Kolagen miałam okazję przetestować środek czyszczący All-in-one Ecocleaner Home Care Colway. Zacznę od opakowania, choć nie jest to dla mnie czynnik determinujący i jakiekolwiek kryterium wyboru. Chcę o nim wspomnieć, ponieważ jestem wzrokowcem, osobą czułą na punkcie estetyki, a w tym przypadku producent trafił w mój gust. Bardzo proste, oszczędne w formie opakowanie z przyjemną dla oka grafiką. Co ważniejsze, pudełko nadaje się do recyklingu, a więc firma zadbała, żeby jej produkt był przyjazny dla środowiska.

Oprócz aspektu ekologicznego,

istotną informacją dla potencjalnego klienta jest fakt, iż środek nie był testowany na zwierzętach. To sprawia, że możemy taki produkt określić mianem „przyjazny”, a to zawsze działa pozytywnie na podświadomość (przynajmniej moją 😉 ). Jak zapewnia producent, to również środek dla nowoczesnego konsumenta. Jak to rozumieć? Odpowiedź zawarta jest w ulotce: dba o zdrowie całej rodziny i ogranicza korzystanie z niebezpiecznych i szkodliwych chemikaliów. Chodzi zatem przede wszystkim o skład, bazą All-in-one Ecocleaner’a są naturalne olejki i rozpuszczalniki ze skórki pomarańczy. Dodatkowo zawiera enzymy oraz biodegradowalne, alkaliczne składniki powierzchniowo czynne. Zero fosforanów, formaldehydu, wybielaczy, butylu, amoniaku, rozpuszczalników chemicznych – z perspektywy mamy, która ustawicznie myśli, jak uchronić swoje dziecko przed różnego rodzaju zagrożeniami, naturalny skład to ogromny atut.

I to, co pewnie najbardziej Was interesuje:

skuteczność. Zgodnie ze wskazówką na butelce All-in-one Ecocleaner’a starałam się używać ów środek, gdzie się tylko dało: w kuchni, w łazience i pokoju. Stosowałam do najprzeróżniejszych powierzchni: kafli, paneli, blatów, szkła. Mąż się nawet po cichu ze mnie śmiał, bo cały czas chodziłam po domu, pryskając i ścierając. Wrażenia pozytywne. Tłuszcz z kuchenki, smugi na kuchennych meblach, lepkie plamy – to wszystko dość ładnie schodziło. Największym zaskoczeniem było usunięcie zacieku z łazienkowej umywalki, z którym walczyłam od jakiegoś czasu i to silniejszymi preparatami. Od razu uściślam – to nie jest jakiś magiczny środek, który w kilka sekund rozprawia się z najgorszym brudem. Ale też nie miałam takich oczekiwań, oczywistym jest przecież, że ze starym brudem trzeba nieco ostrzej walczyć 😉 .

Reasumując: All-in-one Ecocleaner to łagodny środek, który jest przyjazny zarówno środowisku (to w sensie globalnym), jak i jego użytkownikom (w znaczeniu jednostkowym), co dla mnie, jako osoby, która wciela się w różne życiowe role jest doskonałym fundamentem pod tworzenie domowego ogniska.

Więcej informacji o produktach Colway International  znajdziecie na stronie partnerskiej.

  • My kiedyś mieliśmy okazję testować w domu te „cudowne” ściereczki z nanosrebrem, do których używa się jedynie wody. I faktycznie, fajne to było, tylko cena powala – coś ponad 2tyś. za zestaw 😉