Close
Seriale które warto zobaczyć.

Seriale, które warto zobaczyć – firlikowe fascynacje #3

Firlikowe fascynacje, czyli posty o tym, co mnie zainspirowało i zainteresowało, czemu dałam kciuk w górę i z czystym sumieniem polecam.

W trzeciej odsłonie FIRLIKOWYCH FASCYNACJI polecam seriale. W ciąży, kiedy musiałam leżeć, wypełniały mi dłużące się dni. Teraz, kiedy jestem zbyt zmęczona, żeby oglądać pełnometrażowe obrazy, oglądanie seriali znowu znakomicie się sprawdza. Obecnie produkcje telewizyjne reprezentują wysoki poziom, a także oferują ciekawą fabułę w nowatorskiej formie. Często dochodzi do tego gwiazdorska obsada! Oto moje typy z ostatnich miesięcy intensywnego oglądania:

FORTITUDE.

To, co może przyciągnąć polskiego widza, to egzotyka świata przedstawionego. Nie, nie ma palm, tropiku, lazurowego oceanu czy co tam się jeszcze ludziom kojarzy z egzotyką. Jest za to miasteczko skute lodem, hermetyczna społeczność licząca ponad siedmiuset mieszkańców, mróz i niedźwiedzie polarne. Klimat prawie jak w „The Thing”, bo w tym odciętym od reszty świata miejscu zaczynają się dziać nieco przerażające i nie do końca wyjaśnione rzeczy. Niepokojące o tyle, że jedyne zagrożenie do tej pory stanowiły białe niedźwiedzie. Ciąg niespodziewanych wydarzeń powoduje, że mieszkańcy wybudzają się ze swoistego letargu, w którym tkwili i zaczynają manifestować skrywane dotychczas emocje. Kolejne morderstwa, osobne śledztwo prowadzone przez przybyłego do Fortitude detektywa Eugene Mortona podnoszą temperaturę i wzmagają napięcie. Co mnie urzekło w tym serialu? Przede wszystkim nastrój zbudowany przez piękne obrazy oraz dozowane napięcie. I choć fabuła nie jest zbyt odkrywcza, a akcja niezbyt wartka, to warto poczuć ten specyficzny klimat.

THE KILLING.

Mimo lakonicznego opisu na Filmwebie zaryzykowaliśmy i zasiedliśmy przed ekranem laptopa. Wybór okazał się jak najbardziej słuszny! Nawet nie wiem jak opisać ten serial, ponieważ na usta cisną mi się okrzyki pełne ekstazy 😉 Trochę przesadziłam, ale „The Killing” jest na mojej liście najlepszych produkcji telewizyjnych. Ogromny walor to zaskakujące zwroty akcji – kiedy myślisz, że już wiesz kto i dlaczego dostajesz pstryczka w nos. Kompozycja serialu przypomina trochę rosyjską Matrioszkę (drewniana zabawka złożona z coraz to mniejszych lalek włożonych jedna w drugą). Nowy odcinek to nowy wątek, który zmienia całkowicie perspektywę zdarzenia. Zaraz, zaraz, jakiego zdarzenia zapytacie 😉 Jest nim morderstwo Rosie Larsen, a prowadzone w jego sprawie dochodzenie odkrywa wiele sekretów, nie tylko tych związanych z przestępstwem. Dwa ostatnie sezony to już odrębna sprawa, zupełnie inne śledztwo, ale historia wciąż zaskakuje – i to jest właściwie najmniejsza niespodzianka. W którymś momencie bowiem widz przyzwyczaja się do takiej struktury fabuły i już wie, że rozwiązanie nie może być oczywiste. To jednak wciąż przyzwoity serial, który dobrze się ogląda.

BLACK MIRROR.

Pierwszy odcinek pierwszego sezonu dosłownie rozłożył mnie na łopatki. Nieopacznie obejrzany wieczorem przed zaśnięciem (do tego w ciąży) pozostawił mnie rozbitą na kilka godzin. Dwa sezony tego miniserialu nie pozostawiają widza obojętnym. Aktualność przeplata się z wizjonerstwem, co daje intrygującą mieszankę. Produkcja ta porusza fundamentalne zagadnienia, prowokując do głębszej refleksji. Jest trafną diagnozą współczesnego świata zdominowanego przez media, Internet i technologię. Temat wyświechtany? Twórcy „Black Mirror” udowadniają, że jednak nie, że wciąż jeszcze jest w tym zakresie spore pole manewru. I choć nie ma stałej obsady ani fabularnej ciągłości to każdy odcinek stanowi osobną, kompletną historię z wiarygodnymi bohaterami, historię, która angażuje, ale również porusza swoistą brutalnością. I nie chodzi mi tutaj o sceny pełne krwi i przemocy, a raczej brutalność przekazu przejawiającą się w ukazaniu całej nagiej prawdy o ludzkiej naturze.

VEEP.

Szczerze? Podoba mi się o wiele bardziej niż „House of Cards”, aczkolwiek „Figurantka” (bo takie jest polskie tłumaczenie tytułu) to serial komediowy, a produkcja, w której gra Kevin Spacey to podobno dramat (klasyfikacja wg Filmwebu). Dlaczego bardziej? „House of Cards” jest dla mnie zbyt napompowane: wielka obsada i wielki temat. I chociaż serial jest na przyzwoitym poziomie to wywołuje we mnie umiarkowane emocje. Natomiast „Veep” podejmuje temat z dystansem i ironią – i ta perspektywa bardziej mi odpowiada. Przede wszystkim sprawia, że przedstawiony w serialu świat wielkiej polityki jest o wiele bardziej autentyczny. Ja wierzę, że tak to faktycznie wygląda. Poza tym uwielbiam ciętą ripostę, a tej w „Figurantce” na pęczki. Dialogi są znakomite, lecz trzeba je śledzić uważnie, bo tempo wygłaszanych kwestii jest dość zawrotne. Wisienką na torcie jest Julia Louis-Dreyfus, dla której rola Seliny Meyer została chyba skrojona na miarę. Polecam, bo dobrych komedii jest o wiele mniej niż dobrych dramatów.

PARKS AND RECREATION.

Kocham ten serial, choć nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Zakochiwałam się stopniowo coraz bardziej z sezonu na sezon. Kojarzycie „The Office” albo „Modern Family”? „Parks and Recreation” jest zrobiony na podobnej zasadzie – są sceny, którym przyglądamy się z boku oraz wstawki, w których bohaterowie komentują lub odpowiadają wprost do kamery (taki niby paradokument). Główną bohaterką jest zwariowana Leslie Knope, chyba jedyna urzędniczka w Dziale Parków i Rekreacji (i w całym urzędzie w ogóle), której naprawdę zależy, na tym, co robi. Ambitna, pracowita i gorliwa – kiedy trzeba działa w terenie i nie boi się pobrudzić sobie rąk. Do życia podchodzi idealistycznie, a przeciwności traktuje jako wyzwania. Jej postać jest szczególnie jaskrawa na tle pozostałych bohaterów: Rona Swansona, przełożonego Leslie, który najchętniej zlikwidowałby całą biurokrację, szarego, wiecznie wyśmiewanego Garry’ego (albo Terry’ego, nie Barry’ego…zrozumiecie jak obejrzycie 😉 ) czy zblazowanej i sarkastycznej April. Koniec końców zżywasz się z wszystkimi i z żalem przyjmujesz wiadomość o ostatnim sezonie.

COUGAR TOWN.

To miał być serial, który ogląda się ot tak dla zabicia czasu bez większego zaangażowania. I faktycznie na początku tak było. I znowu czas zadziałał na korzyść – przez kilka tygodni „Miasto Kocic” zdominowało ekran naszego laptopa 😉 Od razu uprzedzam: produkcja nie jest ambitnym projektem z wielkim rozmachem, pięknymi zdjęciami i hipnotyzującą muzyką. To prosta rozrywka, która odpręża i nie angażuje zbyt mocno szarych komórek. Czasami bywa naciągany i mało realistyczny (mój Mąż podsumowuje to jednym słowem: pierdy), ale najważniejsze, że jest zabawny, a każda z postaci na swój sposób charakterystyczna: prostolinijna Jules namiętnie spożywająca wino również rano, złośliwa i zdystansowana Ellie, której język jest ostrzem wycelowanym dosłownie w KAŻDEGO, nieco mydłkowaty Travis (syn Jules) czy wiecznie młody i nieodpowiedzialny były mąż Jules – Bobby. W krótkich słowach: to serial bez spiny, na luzie i z przymrużeniem oka. I tak też chyba podchodzili do pracy nad nim jego twórcy.

Na koniec chciałabym Wam polecić blog SZCZERE RECENZJE, który jest istnym katalogiem filmów i seriali! Tam dopiero znajdziecie morze inspiracji do wspólnych seansów przed małym lub dużym ekranem 😉

A Wy? Jakie seriale polecacie?