Close
Precz z bylejakością.

Precz z BYLEjakością. Czyli JAK przeżyć, a nie BYLE przeżyć

Im więcej wiosen w moim życiu, tym bardziej dumam nad jego sensem. Zaczynam myśleć o tym JAK przeżyć, a nie BYLE przeżyć. Samo słowo „byle” ma zresztą pejoratywny wydźwięk – zakłada pewną bylejakość, niechlujność, niewielkie zaangażowanie. Postanowiłam zatem zmienić swoje nastawienie i przewartościować dotychczasowe wartości. Zero bezmyślności i nijakości. Weto dla asekuranctwa  i poprawności.

Przede wszystkim staram się obnażyć swoje słabości,

prześwietlić zgubne nawyki i co najważniejsze przewalcować pod względem mentalnym. Kogo jak kogo, ale samej siebie nie powinnam oszukiwać! Pozwalam sobie na absolutną szczerość, nie zostawiając na sobie suchej nitki. Czas przyznać, że: jestem leniwa, znajduje setki tysięcy wymówek, nie wierzę w swój potencjał, żyję na łapu capu, nie zastanawiając się nad tym, co jem, jak śpię, jak funkcjonuję w otaczającej mnie czasoprzestrzeni!

Ale sama analiza nie wystarczy.

Od słów daleko do czynu. Jeszcze ważniejsze jest wyciągnięcie wniosków i wdrażanie założonych celów. Dlatego krok po kroku wręcz z listą w ręku wprowadzam zmiany. Staram się to robić na każdej możliwej płaszczyźnie. Od spraw czysto materialnych, przyziemnych, zdawałoby się mało istotnych po kwestie bliższe duchowi, poszerzaniu wiedzy czy pogłębianiu samoświadomości.

Rozkładam na czynniki pierwsze swój codzienny jadłospis,

gdyż coraz częściej odczuwam konsekwencje niewłaściwej diety. Powoli organizuję sobie aktywność ruchową, bo przekonałam się, że zdrowe ciało nierozerwalnie łączy się ze zdrowym duchem. Planuję czynności, nie chcąc zmarnować ani chwili z czasu, którego kres jest dla mnie wielką niewiadomą. Spowiadam się sobie ze swoich grzeszków, by wytoczyć cięższe działa swej indolencji i egotyzmowi. Zaczynam walczyć o swoje marzenia i przekonania.

Z całą pewnością moment, w którym zostałam matką był przełomowy.

I to nie jest tak, że wcześniej nie wiedziałam co jest dobre, a co złe. Że nie potrafiłam zdefiniować swoich potrzeb. Że w moim życiu nie było priorytetów. Nagle jednak uzmysłowiłam sobie jak cenną wartością jest czas. Jak bardzo nie chcę zmarnować ani jednej sekundy swojego życia. Na pracę, której nie lubię. Na ludzi, z którymi mam niezdrowe bądź błahe relacje. Na setki bezsensownych czynności, które nie wnoszą niczego wartościowego do mojej egzystencji. 

Stwierdziłam, że mam czas jedynie na to, żeby być spełnioną i szczęśliwą.

Co to właściwie znaczy? Dla każdego pewnie co innego. Dla mnie to praca, która jest jednocześnie pasją. To rodzina i mocne więzi z najbliższymi. To podróże i zachwycanie się światem. Czy to wygórowane pragnienia? Nie! A jednak przez lata budowałam doświadczenie zawodowe nijak związane z moim wykształceniem i zainteresowaniami. Nie dbałam o tworzenie więzi, tłumacząc się brakiem czasu i zmęczeniem. Bałam się rzucić wszystko i pojechać na przykład… w Bieszczady 😉 .

Zdałam sobie sprawę, że żyjąc bez planu,

w zasadzie bez celu przepuszczam swoje życie niczym alkoholik pieniądze w dniu wypłaty. I że tylko do siebie mogę mieć pretensje, że nic nie osiągnęłam w życiu. Że jestem, gdzie jestem, bo sama tak zadecydowałam, a nie okoliczności, przypadek, los. Na tym właśnie polegała bylejakość mojego trwania: na pełnej akceptacji tego, co przyniesie życie. 

Zmagam się teraz ze złymi nawykami, szukam motywacji i inspiracji, żeby skruszyć skostniały światopogląd. Co zabawne, zaczęłam czytać poradniki. Zabawne, gdyż śmieszyły mnie tego rodzaju publikacje, a dzisiaj sama szukam w nich wskazówek.

I choć to dopiero początek mych zmagań, to wierzę, że nie zdezerteruję, nie złożę broni i przeżyję swe życie w pełni i na 100 procent!

A czy Ty zastanawiasz nad jakością swojego życia?