Close

Oczekiwania kontra rzeczywistość. Rodzicu: kochaj i akceptuj!

Zanim dziecko się urodzi, a o jego obecności świadczą kopniaki i obraz na USG, zastanawiamy się jak będzie wyglądało, do kogo będzie podobne. Wyrażamy wtedy nasze pierwsze życzenia względem maleństwa: Oby nie miało mojego nosa, zawsze miałam z jego powodu kompleksy, ale usta? Czemu nie! albo Żeby nie miał moich uszu, a oczy może mieć po tobie. Kiedy więc w końcu wyczekiwany potomek pojawia się na świecie w jego buzi i mimice doszukujemy się swojego odbicia. Bo to przecież nasze geny, krew z krwi, a więc to naturalne, że ciągłość musi być zachowana…

Oczekiwania kontra rzeczywistość

 

Prorokujemy również w kwestii temperamentu naszego bobasa: Da mi pospać czy raczej popalić? Będzie aniołeczek, który rozczuli każdą napotkaną panią czy diabełek, który swoją choleryczną naturą świętych z równowagi będzie wyprowadzał? Jeśli spełnia się pierwszy scenariusz przyjmujemy go z dużą dozą ulgi, bezkrytycznie zachwycając się malcem i po królewsku przyjmując pochwały otoczenia. Nieco gorzej ma się sytuacja, kiedy urzeczywistnia się drugi wariant i trzeba ujarzmiać urwisa (co często przypomina szkołę przetrwania), a obcy ludzie kręcą oburzeni głowami. Wtedy to zazdrośnie spoglądamy na aniołeczki, ale cudze, a na swoje z lekką rezygnacją – bo to przecież ciągłe utrapienie oraz orka na ugorze.

Gdy dziecko przychodzi na świat bacznie je obserwujemy, śledzimy każdy ruch, każdy etap w rozwoju. Porównujemy z innymi dziećmi, zestawiamy dane z podręczników i niepokoimy się jeśli nasz syn bądź córka nie mieszczą się w ogólnie przyjętych ramach. Podobnie w szkole – martwi nas jeśli nie osiąga najlepszych wyników, a wręcz plasuje się na szarym końcu szkolnego rankingu. Myślimy wtedy o jego przyszłości, o tym jak sobie poradzi w życiu skoro na tak wczesnym etapie jest zaledwie dostateczny lub, nie daj boże, mierny. Czujemy potrzebę „naprawiania” tego młodego jeszcze organizmu zanim wystartuje w dorosłe życie.

Jednak dojrzałość naszej pociechy nie zwalnia nas z matczynej czujności – nawet dorosłe, to ciągle nasze dziecko. Dlatego w naszym interesie jest zadbać o jego życiowe wybory. Zresztą kto jak nie rodzic ze stosownym bagażem doświadczeń doradzi swojej latorośli w kwestiach fundamentalnych. I nawet jeśli studiów czy małżonka mu nie wybierzemy to te swoje trzy grosiki dorzucimy, bo zawsze będziemy się czuli odpowiedzialni za życie własnego dziecka. Zawsze też będzie podlegało naszej ocenie: grzeczne bądź niegrzeczne, odpowiedzialne lub nie, na szczęście wybitne lub niestety przeciętne…

Zapominamy, że dziecko, choć niegdyś połączone z matką pępowiną, choć wykarmione, ubrane i wychowane przez rodziców nie jest naszym „produktem”, a odrębnym bytem. Ma zatem wolną wolę, swój własny, osobisty bagaż doświadczeń i swoją odrębną tożsamość. I że jego oczekiwania wobec życia mogą nie być równoległe z naszymi. To nic złego, a często czujemy się zawiedzeni. Zamiast przede wszystkim kochać, podchodzimy do wychowywania jak do inwestycji, która ma nam się zwrócić. Czujemy się twórcami i inwestorami, którzy dają sobie prawo do stawiania warunków i wyznaczania kierunku.

Kochaj i akceptuj

 

Drogi Rodzicu! Zanim zaczniesz projektować w głowie jakie będzie Twoje dziecko, zanim ułożysz listę życzeń i zaplanujesz jego przyszłość poświęć czas na inną refleksję. Pomyśl o tym, że kiedyś owe dziecko spojrzy na Ciebie dojrzałym i świadomym wzrokiem, pozbawionym dziecięcej naiwności. Wyobraź sobie, że nadejdzie chwila, w której skonfrontuje wyidealizowany obraz Twojej osoby ze stanem faktycznym. Odpowiedz sobie na pytania: Czy będę odpowiednim wzorem do naśladowania? Czy stanę na wysokości zadania i zapewnię mu wszystko czego potrzebuje (i nie mam tu na myśli dóbr materialnych czy dobrego wykształcenia)?

Czy zdajesz sobie sprawę Drogi Rodzicu, że to Ty gwarantujesz pakiet startowy? Zestaw norm i obyczajów? Kształtujesz kulturę osobistą, a także pielęgnujesz wrażliwość i empatię? I, co najważniejsze, uczysz kochać? Nie jest wielką sztuką być autorytetem dla małego dziecka – wtedy wszystko co robimy i mówimy jest najlepsze i najważniejsze. Pytanie na ile głoszone zasady, wytyczne i instrukcje, które dajemy swojej pociesze są tożsame z działaniami, które podejmujemy? Czy zastanawiamy się w ogóle, że kiedyś z każdego słowa, każdego nakazu, każdej myśli, którą wpoimy zostaniemy rozliczeni? Że ten maluch, który we wszystkim nas naśladuje i bezkrytycznie kopiuje nasze wszystkie zachowania dostrzeże kiedyś rozłam między słowem a czynem? Czy jesteśmy gotowi na rozczarowanie, kryjące się w oczach własnego dziecka i na proste pozornie pytanie: Dlaczego?

Jeśli mamy choć cień wątpliwości czy jesteśmy w stanie sprostać wyzwaniom jakie rzuca rodzicielstwo (a nawet wtedy, kiedy nie mamy), to nie wymagajmy od dziecka, żeby było ósmym cudem świata. To znaczy ono nim jest – z założenia! Po prostu nie oczekujmy, że będzie kimś innym niż jest. Wystarczy, że będziemy je bezwarunkowo kochać i zawsze akceptować. Bo tego właśnie oczekuje od nas nasze dziecko. Nie zagląda nam w świadectwo, nie rozlicza z naszych decyzji życiowych i ich nie kwestionuje, nie wymaga prestiżowej pracy czy wpływowych znajomych. Liczy się tylko to, że przy nim jesteśmy i wspieramy. Kochajmy zatem i akceptujmy!

 

  • Ania

    Bardzo idealistyczne, Esterko… czasem naprawdę ciężko zaakceptować niektóre cechy, a wyrugować trudno (może wręcz to niemożliwe…)

    • Zdaję sobie sprawę. Ale może czasem chodzi o to, że to my moglibyśmy popracować nad sobą, a nie nad dzieckiem? Chodzi mi o to, żebyśmy bardziej refleksyjnie podchodzili do swojego rodzicielstwa, bo zdecydowanie łatwiej jest przyjąć standardową postawę niż pokusić się o spojrzenie z innej perspektywy.

  • Być może idealistyczne, być może naiwne, ale szczerze – wolę wierzyć, że to jest możliwe do poukładania, że świadome rodzicielstwo jest w moim zasięgu. Odkąd zostałam mamą wciąż powtarzam sobie, że najważniejsze jest, aby moja córeczka była szczęśliwa, ale według własnych zasad, według własnego planu.

    • Ja też w to wierzę i staram się jak mogę być czuła na potrzeby swojego dziecka, a nie zaspokajać swoje własne.

  • Choć jestem już mężatką to jeszcze nie mam dzieci. Ciekawe jak to będzie, kiedy już zostanę mamą 😀

    • Na pewno ciekawie 😉 A tak serio? Myślę, że możesz być zaskoczona. Macierzyństwo to duże wyzwanie.