Close
O filmach które się nie śpieszą.

O filmach, które się nie śpieszą – Firlikowe fascynacje #2

Firlikowe fascynacje, czyli posty o tym, co mnie zainspirowało i zainteresowało, czemu dałam kciuk w górę i z czystym sumieniem polecam.

Nadmiar wolnego czasu zapełniam ostatnio dość intensywnie filmowymi seansami. Korzystam z nieobecności Męża i wybieram takie obrazy, które nie mają szans na wspólne oglądanie (patrz: melodramaty, dramaty, komedie romantyczne). W drugiej odsłonie Firlikowych fascynacji chciałabym polecić Wam proste filmy, które może nie wpiszą się w kinematograficzny kanon, ale z całą pewnością mają jakąś wartościową myśl do przekazania.

O filmach, które się nie śpieszą

Lubię (między innymi) ten rodzaj kina, które nigdzie się nie śpieszy. Akcja znikoma, powolna, bez sztucznej afektacji. Bohaterowie to zwykli ludzie, z którymi łatwo przychodzi nam się zbratać i zrozumieć ich rozterki. Mimo że brakuje efektów specjalnych, nagłych zwrotów akcji, a kadry nie wciskają cię w fotel urzeka nieuchwytna atmosfera i drobne detale, uwiarygodniające historię. Takie właśnie kino reprezentują filmy, które znalazły się na firlikowej liście: „About Time”, „Revolutionary Road” i „Take This Waltz”.

„About Time”

(Polski tytuł „Czas na miłość”) byłoby zwyczajną historią o zwyczajnych ludziach, gdyby nie motyw przewodni filmu, czyli podróżowanie w czasie. Chociaż muszę przyznać, że mimo tej fantastycznej drobnostki, to wciąż opowieść bliska rzeczywistości. Bohaterem jest sympatyczny, niepozorny rudzielec Tim, który w dniu swoich urodzin dowiaduje się, że mężczyźni w jego rodzinie posiadają zdolność cofania się w czasie. Mogą oni podróżować jedynie w obrębie własnego życia, co rodzi pokusę, żeby dowolnie modyfikować te jego aspekty, które uważają za nieudane. Tutaj jednak ojciec ostrzega Tima: zmieniając przeszłość nieuchronnie wpływasz na przyszłość.

Zanim jednak nasz bohater pojmie wagę tej rady będzie ingerował w przeszłość tak często, jak tylko uzna za stosowne. W ten sposób odnajdzie i będzie zdobywał swoją miłość – czy bez podróży w czasie miałby na to szansę? Pewnie tak, ale któż z nas nie żałował czasem, że nie ugryzł się w porę w język albo milczał zamiast wyznać co czuje? Jest więc Timothy w tej swojej nieporadności i próbach jej tuszowania bardzo ludzki, a jego drobne manipulacje wybaczamy, gdyż ostatecznie prowadzą do zbudowania trwałej i prawdziwej więzi. Dużo jest prawdy i naturalnego uroku w postaciach i relacjach jakie je łączą, dzięki czemu sympatyzujemy z nimi i ze wzruszeniem śledzimy ich losy.

Mniej sielankowa jest historia małżeństwa Wheelerów w filmie Sama Mendesa pod tytułem:

„Revolutionary Road”

Poznają się jako pełni aspiracji i nadziei młodzi ludzie, których pragnienia gasi typowe życie na przedmieściach amerykańskiego miasta. Ona rezygnuje z kariery aktorskiej, by wcielić się w mniej ponętną rolę matki i gospodyni, on z kolei dusi się w pracy, w której jest nic nieznaczącym trybikiem. Sfrustrowani coraz częściej się kłócą i coraz bardziej się od siebie oddalają. I nagle April (grana przez Kate Winslet) proponuje Frankowi (Leonardo Di Caprio), żeby sprzedali wszystko co mają i wyjechali do Paryża. Początkowo sceptycznie nastawiony Wheeler ulega wizji żony i ostatecznie z entuzjazmem przyjmuje propozycję. Ich decyzja wprawia w zdumienie najbliższe otoczenie, które zupełnie nie rozumie ich wariactwa.

Bo co złego jest w ustabilizowanym życiu, w dobrze płatnej pracy i prowadzeniu wymarzonego domu?

Wydaje się, że to jedyna słuszna droga, jedyny możliwy scenariusz, a pomysł na rzucenie tego, co dobre jest nieodpowiedzialny i szalony. I na pewno skazany na klęskę. Wheelerowie jednak nie przejmują się opinią innych i z niecierpliwością odliczają dni do wyjazdu. Wraz z mijającymi czasem topnieje zapał Franka, który kurczy się dodatkowo pod wpływem nowych okoliczności – w pracy proponują mu awans, a April wyznaje, że jest w ciąży. Małżonkowie stają na rozstaju dróg, a każde wskazuje na inną stronę. Rozłam się pogłębia, prowadząc ostatecznie do tragedii. Smutny to obraz, obnażający lęki i pragnienia tkwiące gdzieś w każdym z nas.

Ostatni film to „Take This Waltz”.

Co mnie w nim ujęło? Przede wszystkim prostota, ale i głębia z jaką Sarah Polley ukazuje intymne relacje między mężczyzną a kobietą. I pisząc intymne nie mam tu na myśli scen erotycznych, ale płaszczyznę porozumienia, kod jakim posługuje się para, która zna się na tyle dobrze, że wypracowuje swój własny język. I znowu, jak w powyższych przykładach, bohaterowie ze swoimi rozterkami i pragnieniami są tak bardzo normalni, że ma się wrażenie, że ta opowieść może dotyczyć równie dobrze nas czy małżeństwa, którą znamy. Słyszeliśmy przecież wiele takich historii, kiedy kobieta rozczarowana temperaturą swojego dotychczasowego związku, zakochuje się w obcym mężczyźnie, który ją dostrzega, rozumie, a przede wszystkim pożąda. W przeciwieństwie oczywiście do poczciwego męża.

Główna bohaterka „Take This Waltz” długo walczy ze sobą i wydaje się, że zrezygnuje z uczucia. Kiedy jednak ukochany mężczyzna znika z horyzontu jej życia decyduje się opuścić małżonka. I choć ktoś cierpi, to miłość zwycięża. Ale to nie koniec. Ta historia ma swój ciąg dalszy. Niezbyt romantyczny. Bo czasem nie da się wypełnić luki. Bo wydaje się nam, że coś zmieniamy, ale tak naprawdę idziemy tą samą drogą, drepczemy po przetartym już szlaku. W rezultacie powielamy schemat, wpadamy we własną pułapkę.

Wszystkie wspomniane przeze mnie filmy dają do myślenia, do postawienia sobie pytania, co tak naprawdę jest ważne. I choć nie miażdżą one emocjonalnie, to na pewno nie ma się poczucia straconego czasu po ich obejrzeniu. Czasem warto pozwolić sobie na wolniejszy rytm i nastawić się na uważniejszy odbiór.

A jakie filmy Wy polecacie?

Może zainteresuje Ciebie moja serialowa polecajka?