Close
Matko, koniecznie zadbaj o swoją strefę komfortu.

Matko, koniecznie zadbaj o swoją strefę komfortu!

Matko, koniecznie zadbaj o swoją strefę komfortu! Już! Teraz! Nie odkładaj tego na kiedyś, na potem, jak dziecko podrośnie. W przeciwnym wypadku emocje skłębią się w Tobie niczym gradowa chmura, której grożą silne wyładowania. I ostrzegam, mogą być ofiary w ludziach!

Matko, koniecznie zadbaj o swoją strefę komfortu!

 

Od ponad półtora roku jestem matką. Żadne to osiągnięcie, bo i staż krótki, i inwentarz skromny 😉 Coś już jednak o tym macierzyństwie wiem. Że pełne jest paradoksów: z jednej strony nie potrafisz rozstać się z dzieckiem, z drugiej jesteś w stanie oddać je za darmo 😉 Że na początku jest ekstaza, zauroczenie małym zawiniątkiem, a później zmęczenie i rozczarowanie (gdybym wiedziała wcześniej…). Że macierzyństwo to nie constans (choć zostaje się matką do końca życia), a bardziej sinusoida. Bo raz sięgasz chmur, by za chwilę stoczyć się w dolinę cienia i łez. Nic Cię tak nie sponiewiera i usatysfakcjonuje jednocześnie, jak macierzyństwo właśnie.

I jeśli kiedykolwiek wydawało Ci się, że jesteś zarobiona i czasu na wszystko wciąż masz za mało, to znaczy, że nie miałaś dziecka 😉 O tak, organizacja życia z nowym członkiem rodziny to prawdziwe wyzwanie. Ja dotąd pracuję nad idealnym planem, dzięki któremu pogodzę wszystkie swoje życiowe role! I ciągle bezskutecznie…

Oddaję pokłon wszystkim matkom, które nie dają się zwariować i utrzymują w swoim życiu odpowiedni balans.

 

Wstyd mi czasem, że tak wymiękam, choć jestem w naprawdę komfortowej sytuacji: tylko jedno zdrowe dziecko, Męża i Babcie gotowe pomóc…A jednak! Wiecie dlaczego? Bo nie potrafię odpuścić. Jestem przekonana, że najlepiej zaopiekuję się dzieckiem, że tylko ja znam jego potrzeby i tylko ja potrafię odczytać sygnały, które wysyła.

Nigdy nie chciałam być Matką Polką Cierpiącą, wiecie, taką męczennicą, która po latach wypomina jak się poświęciła. Zresztą zawsze miałam swoje marzenia i pragnienia. Dotąd je mam i ciągle próbuję urzeczywistnić. Nie udało mi się jednak wywalczyć pewnej autonomii w domu, czuję się czasem jak niewolnica, która nie może liczyć choćby na dzień wolnego. Ale, jak wspominałam, jest Mąż, są Babcie, więc dzieje się to wszystko za moim cichym przyzwoleniem…

I chciałabym Was przestrzec przed taką postawą, bo naprawdę do niczego dobrego nie prowadzi.

 

Powoduje zmęczenie i frustrację. Generuje niepotrzebne konflikty w domu. Prowadzi do zaniedbania różnych życiowych sfer. Między innymi tej fizycznej, która odpowiada za to, że czujemy się kobieco. Będąc mamą łatwo się „zapuścić”. A bo chodzi się wiecznie niedospanym, upaćkanym z przyklejonym do piersi czy nogi dzieckiem. Zamiera też życie towarzyskie oraz zawodowe, więc siłą rzeczy redukują się sytuacje, w których trzeba popracować nad swoim „lookiem”.

Od jakiegoś czasu walczę o odzyskanie swojej kobiecości, szukam inspiracji, głównie wśród innych mam, które mimo nawału obowiązków nie zapomniały o siebie zadbać. Nigdy nie interesowały mnie nowinki z dziedziny kosmetologii, ale ostatnio, kiedy tak mało czasu poświęcałam swojemu wyglądowi, zapragnęłam sobie w tej materii dogodzić. Postanowiłam, że zadbam o swoją strefę komfortu! 

Czasem, przygniecione nadmiarem obowiązków, ledwo znajdujemy czas dla siebie.

 

Warto jednak zainwestować w swoje dobre samopoczucie, to zaprocentuje, gwarantuję 🙂 Moją inwestycją jest domowe spa. To bardzo wygodne, ponieważ bez wcześniejszego umawiania się i rezerwowania terminu, oddaję się drobnym przyjemnościom, przy okazji testując różne ciekawe specyfiki. Dzięki zespołowi Polski Kolagen miałam przyjemność przetestować scrub do ciała z linii kosmetyków Natural.

I najpierw refleksja: cenię firmę Colway International za prostotę opakowań. Ja wiem, że nie jest to wartość nadrzędna, ale ten minimalizm do mnie przemawia. Wspominałam już, że jestem estetką i nie potrafię obojętnie przejść wobec czegoś, co cieszy moje oko 😉  Stąd moja dygresja. A teraz przechodzę do meritum 😉

Kiedy otworzyłam po raz pierwszy opakowanie miałam ochotę zjeść zawartość.

 

Zapachniało smakowicie 🙂 Patrzę w skład i zastanawiam się, co tak zadziałało na moje powonienie: olej ze słodkich migdałów? Nie, to nie to. Olej ze słonecznika? Też nie. Olej z awokado czy masło Shea? Hmmm, ciągle zimno. Dalej mamy masło z mango. Bingo! To musiało być to! A oprócz tego scrub zawiera w sobie wyciąg z morszczynu pęcherzykowatego i cukier trzcinowy. Naprawdę apetyczna mieszanka 😉

A jak inne wrażenia? Podczas stosowania kosmetyku odczucie jest bardzo miłe. Jest to chwila, w której można się zrelaksować: chłonąć zapach i cieszyć się lekkim masażem. Drobinki cukru trzcinowego usuwają martwe komórki, a mieszanka olejów i masła natłuszcza, co skutkuje nawilżoną, gładką i napiętą skórą. Ten efekt „po” sprawia, że człowieka sam siebie zaczyna macać i głaskać 😉 Naprawdę ciało jest wtedy miłe w dotyku! A i wygląda atrakcyjniej 🙂

Ale tak szczerze, najważniejsza jest dla mnie ta chwila sam na sam. Ten moment, kiedy swoje udręczone ciało oddaje działaniu kosmetyku. Kiedy dostaje wreszcie sygnał, że o nim nie zapomniałam i nie zapomnę zadbać. Najważniejsza jest dla mnie moja strefa komfortu. Dzięki pielęgnowaniu jej mam siłę, żeby dalej działać.

A może chciałabyś poznać moje sposoby na zachowanie młodości? <- kliknij