Którędy pójść, kiedy drogowskazów brak?
Poroniłam

Którędy pójść, kiedy drogowskazów brak? Poroniłam, co dalej?

Podobno resort zdrowia wziął się za uregulowanie sytuacji kobiet, które poroniły bądź urodziły martwe lub niepełnosprawne dziecko. Zgodnie z projektem, który przekazano do konsultacji społecznych szpitale będą miały obowiązek zapewnić takim pacjentkom szczególną opiekę. Co to dokładnie oznacza? Między innymi osobną salę (tak, by nie dzieliły jednego pomieszczenia z kobietami ciężarnymi lub tymi, które urodziły zdrowe dziecko), szacunek lekarzy i położnych (dziw bierze, że takie rzeczy trzeba odgórnie regulować), informację o procedurze pochówku czy wsparcie psychologa. A jak to wygląda w chwili obecnej?

Kiedy kobieta spodziewa się dziecka, to zupełnie naturalnym odruchem jest przygotowywanie się na jego przyjęcie. Kompletowanie wyprawki, urządzanie pokoju czy czytanie poradników oswaja z nadchodzącymi w naszym życiu zmianami. Chyba żadna ciężarna nie zakłada, że może poronić, a myśli o ewentualnej niepełnosprawności potomka oddala od siebie, modląc się o jego zdrowie. Nie będę się wypowiadać w imieniu kobiet, które urodziły chore dziecko, natomiast mogę odnieść się do sytuacji tych, które doświadczyły straty.

Przede wszystkim jest to szok.

Kiedy pojawiają się pierwsze symptomy jak ból czy krwawienie już wiesz, że dzieje się coś niedobrego. Nie nazywasz tego, nawet do końca sobie nie uświadamiasz – jesteś tylko jednym wielkim niepokojem. Do szpitala jedziesz jak na ścięcie – ja płakałam i cała się trzęsłam jak w febrze, głównie ze strachu przed nieznanym. Kiedy zapada wyrok twoje cierpienie nie ma jeszcze skali, wciąż dzieje się tak dużo – lekarze cię badają, konsultują się z innymi, zadają mnóstwo pytań, zapadają jakieś decyzje, a za chwilę jesteś już w sali i cały personel w pośpiechu zabiera się do zabiegu…

Nie ma czasu na oswojenie się z sytuacją, na przetrawienie wiadomości – jesteś po prostu w wirze wydarzeń, które wciągają cię w swoją spiralę. Dopiero, kiedy leżysz na łóżku, wybudzając się z narkozy, kiedy wraca do ciebie świadomość i jakakolwiek możliwość oceny tego, co doświadczasz krystalizują się twoje odczucia.

Dominuje poczucie osamotnienia…

…bardziej niż kiedykolwiek czujesz się jednostką wyrwaną z dobrze znanego, ujarzmionego środowiska. Rodzina współczuje, ale wasze cierpienie nie jest wartością tożsamą, bo przecież nikt inny nie wie, co dokładnie czujesz. Dla lekarzy jesteś przypadkiem, egzemplifikacją podręcznikowej teorii, potwierdzeniem statystyki – kimś kogo, po zaordynowaniu recepty i medycznej porady, można jak najszybciej odesłać do domu. W gruncie rzeczy zostajesz sama wraz z partnerem w nowej rzeczywistości, zupełnie nie rozumiejąc tego, co się wydarzyło. Znikąd pomocy, jakiegoś drogowskazu, który podpowiedziałby kierunek lub sposób, w jaki przez tę nieznaną, krętą i wyboistą ścieżkę iść.

W rzeczywistości kobieta, która poroniła nie może liczyć na intymność…

…swój ból musi dzielić, tak jak salę szpitalną, z innymi pacjentkami. Osobisty dramat staje się sprawą publiczną. W oswojeniu się z sytuacją nie pomaga również postawa personelu. Śmiem twierdzić (a poroniłam cztery razy), że w najlepszym przypadku pacjentka jest obojętna lekarzom, w gorszych przypadkach można się spotkać nawet z obcesowym traktowaniem. W moim odczuciu, kiedy wiadomo już, że dziecka nie uda się uratować kobieta jakby z automatu traci swoją wartość i należne jej zainteresowanie.

Bagatelizuje się również odczuwanie przez nią fizycznego bólu…

…czyżby boleć mogło wyłącznie rodzącą żywe dziecko? Poronienie w drugim trymestrze jest podobne do porodu: odchodzą wody, skurcze są coraz częstsze i silniejsze, ból kręgosłupa jest nie do zniesienie, a po wszystkim pokarm rozsadza twoje piersi. Czujesz się tak, jakbyś urodziła tylko czegoś brak… Oprócz tego zero rzetelnej informacji, masz po prostu przyjąć, że to co się stało, to się nie odstanie.

Moim zdaniem regulacja procedur szpitalnych w razie poronienia czy też urodzenia dziecka chorego jest konieczna. Jeżeli możemy domagać się ludzkiego traktowania, kiedy rodzimy, tym bardziej powinniśmy tego oczekiwać, kiedy tracimy nasze dzieci. Nieodzowną kwestią jest oczywiście szacunek dla pacjentki (który w sposób naturalny powinien być wpisany w lekarski fach), a także informowanie na bieżąco o podejmowanych działaniach oraz o możliwościach dalszego leczenia.

A czy wśród Was jest ktoś, kto ma podobne doświadczenia?

 Może zainteresują Cię teksty o podobnej tematyce? <- klik

Poczytaj o zasadach opieki dla kobiet po poronieniu <- klik

komentarzy 16

  • Magda Baranowska

    Nie mam takich doświadczeń. Natomiast myślę, że w tej chwili wiele zależy od szpitala i personelu. Kiedy po porodzie syn wylądował na patologii noworodka i okazało się, że musimy zostać jeszcze tydzień ze względu na jego infekcję byłam na sali z dziewczynami, których dzieci też miały poporodowe problemy. Mimo, że przecież nic złego się tak naprawdę nie działo, a infekcja od dawna jest tylko przykrym wspomnieniem, to fakt, że nie musiałam spędzać tego czasu w towarzystwie matek mających bezproblemowo zdrowe dzieci bardzo mi pomógł. Więc mogę się tylko domyślać, jak bardzo jest to ważne w przypadku matek, które poroniły lub urodziły dziecko niepełnosprawne.

    • Estera Zoc-Firlik

      Oczywiście, nie ma co generalizować. Wszystko tak naprawdę zależy od danego człowieka i nie ma co mierzyć wszystkich tą samą miarą. Tylko, że na efekt końcowy pracuje cały zespół i czasami jedna pielęgniarka potrafi zamienić pobyt w szpitalu w traumę

  • Paulina

    ogromnie wstrząsające. nie wiem co powiedzieć, ale uważam że takie rzeczy nie powinny być regulowane prawnie tylko naturalne i po prostu byc standardem. Smutne jest to, że jest inaczej

    • Estera Zoc-Firlik

      Możliwe, że warto, ale…jeśli chodzi akurat o mnie zawsze należałam do osób, które same radzą sobie ze swoimi problemami i emocjami. Jeśli zdecydowałabym się na tego typu pomoc musiałabym mieć duże zaufanie do psychologa.

  • Dotee

    Bardzo Ci współczuję. Ja poroniłam dwa razy samoistnie, za każdym razem w 6tc, z czego drugi raz w zeszłym tygodniu. Dalej się zbieram. Gdy tylko zdałam sobie sprawę że nie uniknę tego, od razu wypisałam się ze szpitala, żeby poronić w domu i nie przechodzić drugi raz poronienia w szpitalu. Dla mnie szpital to jakiś jeden wielki bezduszny hardcore, jakaś linia produkcyjna. Tam nie ma ludzi, tylko przypadki medyczne i procedury. Za pierwszym razem w szpitalu był tylko lęk, osamotnienie, zupełny brak oparcia. Leżałam wtedy na sali z dwiema kobietami w zaawansowanej ciąży, w ogóle nie wiedziałam, co się dzieje, ze strony lekarzy totalna obojętność i chłód. W domu to doświadczenie było spokojniejsze, bardziej duchowe, bliscy byli przy mnie. Tyle, że nie zawsze da się w domu, czasem zabieg jest konieczny. Życzę Ci powodzenia i cudownych zdrowiutkich dzieci. Obyśmy już nigdy nie musiały przez to przechodzić. Fajnie, że poruszasz ten temat.

    • Estera Zoc-Firlik

      Szczęśliwie moja wyboista droga w końcu się wyprostowała – udało się dołączyć do grona szczęśliwych matek 🙂 ale służba zdrowia wciąż czeka na uzdrowienie! Dzięki za dobre słowo 🙂

  • jamaska

    Poroniłam w 9tc, na zabieg „oczyszczania” i po nim zostałam położona na patologii ciąży w 8 osobowej sali. Terkot KTG doprowadzał mnie do obłędu.
    W ubiegłym roku po urodzeniu zdrowej panienki leżałam z nią na 6 osobowej sali. Obok mnie kobieta po cesarce w 7 miesiącu. Kiedy my wszystkie ćwierkałyśmy do swoich maluchów ona dowiedziała się, że jej synek właśnie umarł. Nie wiem co czuła leżąc na sali pełnej dzieci. Jak słyszałam jak omawia z mężem przez telefon szczegóły pogrzebu łzy same płynęły mi po twarzy.

    • Estera Zoc-Firlik

      Historii jest tak wiele, jak wiele ludzi i niestety najczęściej są one negatywne. Takie „wspólne” doświadczanie tragedii jest ciężkie nie tylko dla kobiety, która straciła dziecko, ale dla matek, które właśnie się cieszą swoimi dziećmi. Współczuję każdej kobiecie, która musi dzielić publicznie jedno z najbardziej intymnych przeżyć. To o czym piszesz – oj, dobrze to znam – z obu stron.

  • Eliza Linkiewicz

    Po półtora roku od powstania tego wpisu mogę zaświadczyć, że już nie kładą kobiet w trakcie poronienia z kobietami w zdrowej ciąży….ale cała reszta wymaga jeszcze poprawy…..dołączyłam do grona niedoszłych matek….11 tydz. ciąży, krwawienie, szpital, pierwsze USG i druzgocząca informacja o martwym płodzie od 5-6 tyg….powrót do domu i przeżywanie straty, a za 2 dni zabieg i powolne godzenie się z sytuacją ….W szpitalu brakowało mi informacji różnych kategorii: medycznej (choć dopytywałam się wielokrotnie), czy dot. praw jakie przysługują kobietom po poronieniu, brakowało empatii i zrozumienia, że tez odczuwam ból fizyczny, bo o psychicznym chyba nie trzeba wspominać….Nieprzespana pierwsza noc wzbogaciła mnie o wiele cennych i praktycznych informacji, bo zaczęłam czytać historie kobiet w podobnej sytuacji i wiedziałam czego mogę się spodziewać, o co należy zadbać itp..Samoświadomość jednak nie minimalizuje bólu, który jeszcze przeżywam, ale na szczęście z pozostałymi rzeczami (zasiłki, badania genetyczne itp.) jestem na dobrej drodze….

    • Estera Zoc-Firlik

      Bardzo mi przykro z powodu Twojej straty! Ta samowświadomość, o której piszesz niestety często idzie w parze z cierpieniem…Polecam Patologię Ciąży przy szpitalu, tam mają doświadczenie jeśli chodzi o obciążony wywiad ginekologiczny. Jeszcze będzie dobrze!

  • MM

    Estera Zoc-Firlik – Czytając kolejny Twój wpis: „Poronienie w drugim trymestrze jest podobne do porodu: odchodzą wody, skurcze są coraz częstsze i silniejsze, ból kręgosłupa jest nie do zniesienie, a po wszystkim pokarm rozsadza twoje piersi”, u mnie było identycznie, dodałabym do tego ból spowodowany obkurczającą się macicą. Gdy dostałam silnych skurczy, obawiałam się najgorszego. Jadąc do szpitala (zwijałam się z bólu), czułam, że to koniec 🙁 Przez chwilę przyszła myśl, że może lekarzom uda się uratować mojego Synka. Niestety, słowa, które usłyszałam od ginekologa: „Poronienie w toku” spowodowały, że runął cały mój świat. Czułam, że pękła duża część mnie samej. Gdy usłyszałam to zdanie, zdołam tylko powiedzieć: Nieeee! Dlaczego?!, a po chwili był duży wybuch płaczu, łzy ściekające do twarzy, a następnie dostające się do uszu. Pamiętam też, że powiedziałam: „Chcę umrzeć!”. To wszystko było dla mnie nie do zniesienia. Silne skurcze. Dano mi nadzieję, że wszystko skończy się za 20 minut. Tak się nie stało. Skurcze (i to bardzo silne!) były nadal. O 20.00 dostałam zastrzyk, żeby się nie męczyć, Obudziłam się po kilkunastu minutach. Miałam jeszcze dość silne skurcze do północy, ale już rzadziej. O północy (za trzecim podejściem) pielęgniarka podała mi lek przeciwbólowy w kroplówce – wcześniej odmawiałam. Gdy rodziłam, cały czas płakałam. Okropna była świadomość, że to na marne, bo moje dziecko i tak nie przeżyje. Cały czas płakałam…
    Muszę przyznać, że pielęgniarki były życzliwe i pomocne, ale… musiałam swój ból dzielić z innymi kobietami w sali. To było trudne, bo nawet nie mogłam głośno popłakać, a tak bardzo chciałam…Płakałam po cichu, wstrzymując szlochanie i dusząc w sobie emocje.
    Strata nie do opisania…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *