Close
Kiedy lajki poprawiają samoocenę, a emotikony zastępują komunikację niewerbalną

Kiedy lajki poprawiają samoocenę, a emotikony zastępują komunikację

Od blisko dwóch lat nie oglądam telewizji. Można? Można! Żyję, trzymam się całkiem nieźle, efektów ubocznych z powodu „odstawienia” nie zaobserwowałam. A wręcz przeciwnie – zredukowałam poziom frustracji i irytacji. A że nie jestem na bieżąco, że uwsteczniona i milczę jak zaklęta, kiedy na forum poruszane są „topowe” tematy? No cóż, zapewniam, że mogę podyskutować na wiele innych.

Kiedy lajki poprawiają samoocenę

Nie czytam też żadnych gazet, pisemek i magazynów. Nie śledzę youtube’a, nie dzielę się z fejsbukową społecznością tym, co ląduje w moim żołądku czy czymkolwiek innym, co i tak nie interesuje moich znajomych (przynajmniej się staram). W ogóle tak jakoś jestem skonstruowana, że nie porusza mnie to, co wywołuje powszechny zachwyt. Z oceanu miałkich, bezwartościowych informacji wyławiam te, które wnoszą coś do mojej codziennej egzystencji, zmieniają ją, ulepszają.


No właśnie – selekcja – czynność, umiejętność, zamierająca wraz z wszechobecnością różnego rodzaju mediów. Zbyt łatwo, bez żadnej refleksji przyjmujemy to, co jest nam serwowane. Nie zastanawiamy się nad sensem i wartością przekazu, dajemy się zwodzić pustym formom, podsycamy sztuczne emocje. Wiemy wszystko o wszystkich, a tak naprawdę nie posiadamy elementarnej wiedzy o świecie i nie staramy się jej pogłębiać. Bazujemy na plotkach, taniej sensacji, żyjemy cudzym życiem, nie znajdując w sobie tyle ognia i zapału do budowania relacji z innymi czy rozwijania zainteresowań. Smutne to trochę.

Oprócz tego, że namiętnie zajmujemy się podglądactwem, większość czasu spędzamy na kreowaniu naszego życia niż na faktycznym go przeżywaniu. Telefony stają się naszym przedłużeniem a media społecznościowe nośnikiem emocji.

Zamiast istnieć w danej chwili, szukamy korzystnego ujęcia dla zdjęcia, które za chwilę publikujemy, czekając na lajki i komentarze znajomych. Wykładnikiem udanego życia jest ilość kciuków i szerów, a nie chwile i zdarzenia, które je tworzą.

Czasem tę rzeczywistość lekko naginamy, obawiając się, że nie jest wystarczająco kolorowa, zabawna czy atrakcyjna.

Smutne jest również to, że coraz częściej świat za szklanym ekranem zastępuje naszym dzieciom tradycyjne zabawki czy po prostu fizyczny kontakt z drugą osobą. Z przerażeniem obserwuję, że maluchy, które ledwo potrafią składać zdania o wiele sprawniej posługują się najnowszą technologią. Sama sprawność nie jest oczywiście niczym zdrożnym, o wiele groźniejszą kwestią jest czas poświęcony różnego rodzaju technologicznym cacuszkom.  Jeśli głównym „partnerem” naszego dziecka staje się telefon, tablet czy telewizor to nie zdziwmy się, jeśli „wyhodujemy” rozleniwionego, otyłego i niepotrafiącego się komunikować człowieka.

Już teraz myślę o tym, jak uchronić przed tym małego T. Projektuję w głowie jego dzieciństwo: widzę drewniane klocki, z których buduje dom albo statek, bazę stworzoną ze stołu i koca, drzewa, na które się wdrapuje i dzieci, z którymi bawi się na przykład w podchody. Widzę jaki jest szczęśliwy i jak czerpie z życia pełnymi garściami.