Karpacz z pięciolatkiem
Podróże,  Styl życia

Karpacz z pięciolatkiem i …z babcią! Relacja z wyjazdu

Śnieżka to był, zdaje się, pierwszy szczyt, który zdobył nasz Syn. Cóż z tego, że na naszych plecach? 😉 Czy Karpacz z pięciolatkiem jest większym czy mniejszym wyzwaniem? W naszym przypadku okazało się, że było o wiele łatwiej! Co więcej, zdumiały nas niezmierzalne, chyba nieskończone pokłady energii naszego dziecka. Momentami Młody, zamiast się wspinać, po prostu wbiegał w podskokach. I choć tego wcześniej nie zakładaliśmy, pięć lat później T., zdobyło Śnieżkę ponownie, ale tym razem na własnych nogach.

Do Karpacza pojechaliśmy w drugiej połowie maja, kiedy rząd powoli luzował obostrzenia. Poza weekendem, ulice były puste i panował miły dla mieszczucha spokój. Po raz pierwszy zamieszkaliśmy tak blisko centrum, w Apartamentach Maki. Nieopodal naszego tymczasowego miejsca zamieszkania znajdowała się Informacja Turystyczna, z której zawsze korzystamy gdziekolwiek byśmy nie byli. Do czego zresztą gorąco zachęcam, bo można dowiedzieć się czegoś ciekawego i zaopatrzyć w przydatne mapki czy foldery. A w Karpaczu nawet Młody zyskał na tej wizycie, bo dostał  specjalne, związane z regionem kolorowanki.

 

KARPACZ Z PIĘCIOLATKIEM

 

DZIEŃ PIERWSZY

Pierwszego dnia nie próżnowaliśmy – mimo że nasz spacer po Karpaczu zaczął się około godziny 14:00. Najpierw pokręciliśmy się po uliczkach miasteczka, ciesząc się możliwością spacerowania bez maseczki. Następnie udaliśmy się na Zaporę, jedno z naszych ulubionych miejsc w Karpaczu. Posłuchaliśmy szumu spienionej Łomnicy i skierowaliśmy swe kroki ku Karpatce.

 

Karpatka

To punkt widokowy, do którego można dojść z Zapory na Łomnicy. Prowadzi do niego szlak czerwony – wśród drzew i niezwykłych formacji skalnych. Spacerowi towarzyszy szum Łomnicy, który koi przebodźcowany organizm. W pewnym momencie droga odbija na lewo i tutaj zaczyna się niezbyt forsowna wspinaczka.

Karpacz z pięciolatkiem

Najpiękniejszy jest ów moment, kiedy oczom ukazuje się widok na Karpacz z górami w tle. Naszym ukazały się zbocza pokryte jeszcze tu i ówdzie śniegiem. Świetne miejsce na krótki spoczynek i uważne bycie tu i teraz.

Karpacz z pięciolatkiem

 

Dziki Wodospad

Naszą wędrówkę po Karpaczu zwieńczyła wizyta w bardzo urokliwym miejscu, jakim jest Dziki Wodospad. Nieopodal znajduje się czarny szlak, który prowadzi na Śnieżkę, a także dolna stacja kolei linowej na Kopę. Jest to sztuczny wodospad, powstały w wyniku budowy zapory przeciwrumszowej, która zmniejsza skalę powodzi. Oprócz oczywistej przydatności jest to z całą pewnością atrakcyjny punkt docelowy na spacerowej trasie.

Do apartamentu wróciliśmy już wieczorkiem, kiedy to na niebie zaczął się odbywać niesamowity spektakl. Zobaczcie jakie chmury!

 

DZIEŃ DRUGI

Ten dzień w całości poświęciliśmy wyprawie na Skalny Stół. Od kiedy wspinamy się wspólnie z Synem, a czasem z moją mamą, nie stawiamy sobie ambitnych celów. Z góry zakładamy, że wszystko razem zabierze nam dwa razy więcej czasu. A bo to postoje, a to ewentualny spadek energii i motywacji, i wiele innych wypadkowych, które mogą mieć miejsce podczas naszej wędrówki.

 

Skalny Stół

Zanim jeszcze wybraliśmy się do Karpacza, wiedzieliśmy, że będziemy chcieli zdobyć Skalny Stół. I plan udało się zrealizować 🙂 Obraliśmy szlak czarny, na który weszliśmy mijając uprzednio Krucze Skały.

Szlak ów jest tak piękny i majestatyczny jednocześnie – zachwytom nie było końca. Głównym walorem była obecność strumienia, który w mniej lub bardziej widoczny sposób towarzyszył nam na trasie.

Najbardziej spektakularne widoki czekały wtedy, kiedy otwierała się przed nami przestrzeń. Często zatrzymywałam się, by spojrzeć za siebie, bo właśnie za moimi plecami rozciągała się imponująca panorama.

Gdzieniegdzie wciąż zalegał śnieg, czyniąc wyprawę jeszcze bardziej ekscytującą – zwłaszcza dla naszego pięciolatka!

Karpacz z pięciolatkiem

Na szczycie trochę wiało, ale było bardzo, bardzo przyjemnie. Zwłaszcza przestrzeń, która się przed nami otworzyła z majaczącą w oddali Śnieżką, wywoływała na naszych twarzach błogi uśmiech.

Wracając zahaczyliśmy o nieistniejące już Budniki. Historia tego miejsca jest niesamowita. To dawna osada założona  w okresie wojny trzydziestoletniej przez szukających schronienia mieszkańców okolic Karpacza, Kowar i Wilczej Poręby. O jej istnieniu świadczą jedynie widoczne gdzieniegdzie pozostałości fundamentów oraz tablice informacyjne. Kiedyś śródleśna polana, teraz las objął nad nią panowanie.

Ze względu na położenie osada przez 113 dni w roku była pogrążona w cieniu. Stąd mieszkańcy świętowali 26 listopada pożegnanie słońca, a znowu 15 lutego uroczyście się z nim witali. Fascynujące szczegóły na temat życie osadników przeczytacie na stronie internetowej <- zachęcam do lektury!

 

DZIEŃ TRZECI

Kolejny dzień naszego pobytu przywitał nas deszczem stąd nie wypuszczaliśmy się na szlak. Na tyle ile pozwalała pogoda, kręciliśmy się po Karpaczu, ale główną atrakcją dnia była obiecana Synowi wyprawa do Muzeum Klocków Lego.

 

Muzeum Klocków Lego

To prywatna inicjatywa kilku zapaleńców, którzy postanowili się swoją pasją oraz gromadzonymi przez wiele lat zbiorami podzielić. I choć największą frajdę miało dziecko, to i nam się podobała ekspozycja. Każda bowiem konstrukcja była w jakiś sposób interaktywna. Za pomocą przycisków można było uruchomić dodatkowe efekty jak podświetlenie czy dźwięki. Joystick natomiast wprawiał w ruch poszczególne elementy makiety. A każda z nich to odrębna historia pełna najdrobniejszych szczegółów. Opowieści inspirowane dobrze znanymi, wręcz popkulturowymi filmami czy książkami. Nie zabrakło zatem Harry Pottera czy Gwiezdnych Wojen. Młodemu najbardziej podobał się start rakiety kosmicznej, który uruchamiał raz po raz. 

Muzeum jest czynne codziennie od 10:00 do 18:00. Dzieci do trzeciego roku życia mają wstęp bezpłatny. Szczegóły dotyczące Muzeum znajdziecie na oficjalnej stronie internetowej.

 

DZIEŃ CZWARTY

Szczerze? Nie sądziłam, że zdobędziemy Śnieżkę. Te parę lat temu zdobyliśmy szczyt i osobiście rozważałam inny kierunek. Ale! Była z nami moja mama, która bardzo chciała wspiąć się na Śnieżkę. No i stało się! I dobrze, bo w takich okolicznościach przyrody jeszcze nie przemierzałam szlaku.

 

Śnieżka

Na Śnieżkę wyruszyliśmy niebieskim szlakiem, zaczynając od Świątyni Wang. Tuż obok znajduje się wejście do Karkonoskiego Parku Narodowego, a brukowana droga wiedzie wprost do Samotni – absolutnie magicznego miejsca, która warto zobaczyć! Mogłabym tam siedzieć w milczeniu i wpatrywać się w zbocza okalające klimatyczne schronisko oraz Mały Staw. Tutaj kontakt z naturą, z jej perfekcją jest tak oczywisty i namacalny, że paradoksalnie odczucia są wręcz metafizyczne.

Z Samotni krótka wspinaczka do kolejnego schroniska, czyli Strzechy Akademickiej. A stamtąd im wyżej, tym bardziej przybywało śniegu. Sama droga jest naprawdę komfortowa, wędrówkę utrudniało jedynie brodzenie w śniegu, ale nie było to też jakoś specjalnie uciążliwie. Gorąco polecam ten szlak dla osób z dziećmi i starszymi osobami, bo podejście jest łagodne. Do Domu Śląskiego. Bo bezpośrednio na szczyt wejście było już bardziej forsowne (niebieski szlak pod samą Śnieżką był zamknięty dla turystów).

Karpacz z pięciolatkiem

Na samej Śnieżce okrutnie wiało i chyba właśnie ten przenikliwy wiatr sprawiał, że było po prostu zimno. Dlatego też nie spędziliśmy tam jakoś dużo czasu, zwłaszcza, że godzina była dość późna. Wróciliśmy zatem tą samą, znaną już dobrze trasą.

 

DZIEŃ PIĄTY

Dzień piąty to zarazem dzień naszego wymeldowania, który postanowiliśmy przeznaczyć na wycieczkę do Marciszowa. Dlaczego? Koniecznie chcieliśmy zobaczyć…

 

…Kolorowe Jeziorka

Znacie ten program „Polska z góry”? My go uwielbiamy! Nie dość, że ujęcia zachwycają, to jednocześnie jest to znakomite źródło wiedzy o naszym kraju. Zawsze, po emisji kolejnego odcinka, nasza lista miejsc do zobaczenia rośnie. Znajdowały się na niej także Kolorowe Jeziorka, które udało się nam zobaczyć na powrocie do domu. Zakochałam się w tym miejscu, jak tylko je ujrzałam. Spokojne (byliśmy jeszcze przed sezonem), malownicze, kojące. Każde z czterech zbiorników wodnych, ma inną barwę. Pierwszy z nich to jeziorko Żółte. Nieduże, z niewielkim dostępem. Nieopodal znajduje się jeziorko Purpurowe, które można podziwiać z góry, jak i bezpośrednio z brzegu. Jego niezwykła barwa kontrastuje z okalającym wodę jasnym piaskiem. Reszty dopełnia zieleń drzew.

Karpacz z pięciolatkiem

Trzecie jeziorko również zachwyca! Raz po raz zadawałam sobie pytanie: Czy na pewno jestem w Polsce? Od Jeziorka Błękitnego nie można wprost oderwać wzroku, ten kolor hipnotyzuje i nie pozwala przejść obojętnie.

Czwartego jeziorka (j. Zielone) nie widzieliśmy (jest ono dość oddalone od pozostałych) i podobno sezonowe i nie zawsze można je zobaczyć na własne oczy.

A skąd takie cuda? Wcześniej na tym terenie była kopalnia pirytu, która na początku XX wieku zniknęła, a woda wypełniwszy wyrobiska pokopalniane utworzyła zjawiskowe jeziorka.

No powiedźcie, jak tu się nie zakochać w takim miejscu?

Interesują Cię relacje z podróży? Więcej podobnych postów znajdziesz w zakładce „Podróże” <- wystarczy kliknąć, by się tam znaleźć 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *