Close

Czy warto być sobą, czy lepiej zrezygnować z własnego „ja”?

Podróże kształcą. Te bliskie i te dalekie. Te w głąb nieznanego lądu, jak i w głąb samego siebie. Nawet jadąc do pracy można dowiedzieć się czegoś nowego. Na przykład tego, że Bonaparte układał plany bitew w piaskownicy. Albo, że na świecie istnieje co najmniej sześć osób, które wyglądają dokładnie jak my.

Czy warto być sobą?

 

Hola! Sześć osób, które są moim lustrzanym odbiciem?! Poza pewną dozą sceptycyzmu informacja ta wywołała ciarki na moich plecach. Bo w końcu mam się za indywidualistkę, jedyną w swoim rodzaju jednostkę. Lubię się wyróżniać, niezbyt nachalnie, ale jednak. Idąc dalej, zupełnie nie rozumiem skąd w ludziach ten pęd, żeby wyglądać jak pan/i z żurnala, kopiować czyjś styl, ślepo zawierzać obcemu dyktatowi. Skąd ten brak samodzielnego myślenia, brak gustu i potrzeby wyrażenia się?

Poruszając się ulicami miasta mam niekiedy wrażenia, że otaczają mnie klony. Pomimo odmiennej wagi, różnic we wzroście i kolorycie ludzie wydają mi się dość mocno zunifikowani. Zadziwia mnie ta zgodność, ta równoległość w estetycznych wyborach. Zadziwia i lekko niepokoi. Bo jak dalece jesteśmy w stanie zrezygnować z własnego „ja”?

Śmiem podejrzewać, że podobna bezrefleksyjność cechuje wszystkie inne działania. Idę na studia, bo teraz wszyscy studiują i każdy magistra ma (a najlepiej wychodzi mi pieczenie chleba). Zostanę prawnikiem, ponieważ to nasza rodzinna tradycja (a w głębi serca marzę o zostaniu pisarzem). Zakładam rodzinę i mam pracę, której nie lubię, bo taka jest kolej rzeczy (a najchętniej podróżowałbym samotnie po całym świecie)…

A może to nie tyle brak refleksji, co po prostu strach? Boimy się pokazać swoją twarz, bo nie lubimy być wyłączeni ze społeczności, zależy nam na jej opinii, chcemy być wtajemniczeni i posługiwać się tym samym kodem? Rola odmieńca, którego nikt nie rozumie wcale nie jest pociągająca, poza tym zmusza nas do wyjścia ze strefy komfortu…

Chciałabym, żeby mój Syn zawsze był sobą! Nie musi mieć dyplomów, pełnego wykształcenia, rodziny jak z obrazka i prestiżowego stanowiska. W ogóle nie musi być kimś, kogo społeczeństwo akceptuje i szanuje. Bo przede wszystkim to On musi szanować samego siebie. Jestem przekonana, że żyjąc w zgodzie z samym sobą będzie stanowił harmonijny element większej całości.

Boję się jednak, że nie zdołam Go uchronić przed zgubnym wpływem zautomatyzowanego świata, który nie lubi, jeśli coś nie mieści się w normie. A najbardziej lękam się oddziaływania szkoły. Szczerze? W takiej formule, w jakiej istnieje jest, moim zdaniem, zagrożeniem dla osobowości człowieka, a także jego naturalnej ciekawości świata i młodzieńczego entuzjazmu. Zbyt dużo niekompetentnej i sfrustrowanej kadry. Zbyt dużo schematów, szablonów i ciasnego myślenia. I w końcu zbyt duży nacisk na prostowanie i naprawianie, a zbyt mało rozwoju i wspierania potencjału.

Dlatego już teraz umacniam w nim poczucie, że jest niezwykłą istotą taką właśnie, jaką jest – żadną inną!

A czy Ty jesteś w stanie zaakceptować swoje dziecko od A do Z?

  • Na Szczycie jest prościej żyć swoim życiem, jesteśmy tu siłą rzeczy odizolowani i możemy mieć w pełni swój świat 🙂

    • Może dlatego tak dobrze czujemy się w górach 🙂 mój Mąż zaproponował ostatnio, żebyśmy się przeprowadzili 😉