Close
Czy nauczyciele to nieroby

Czy nauczyciele to nieroby, a rodzice to „nowobogaccy ynteligenci”?

Nie znoszę internetowych „dyskusji” i w nich nie uczestniczę. Parę takich przeczytałam i powiedziałam sobie: Stop! Nie będę na to tracić czasu. Bo one są jak wydmuszki, forma ciekawa dla oka, ale w środku – pusto! Frustraci wylewają swoje żale niczym pomyje i wcale nie chcą się porozumieć czy zrozumieć. Codziennie skanuję nagłówki, nie zgłębiając jednak tematu. Ale ostatnio przeczytałam tekst, który miał być odpowiedzią na owe „internetowe pomyje”. Nie wiem jaki zamiar przyświecał autorowi, ale z mojego punktu widzenia faceta zirytowały obraźliwe komentarze, więc postanowił, że też kogoś obrazi.

 

Czy nauczyciele to nieroby?

 

Dlaczego w ogóle poświęcam temu uwagę, skoro wcześniej wyznałam, że nie angażuję się w puste spory? Bo miałam pewne oczekiwania wobec tego tekstu, a on mnie rozczarował. I wkurzył. Bo otrzymałam zapewnienie, że to mocna i prawdziwa treść, a w moim odczuciu jest ona po prostu tendencyjna. Jestem też zmęczona stylem, pojawiających się w Internecie wypowiedzi. Tym, że MY POLACY, lubimy wszystko polaryzować. Jest między nami jakiś mur, który dzieli ludzi na tych co na lewo, i tych co na prawo. Tych co mają albo nie mają. Na będących PRO bądź tych, co są ANTY. Na dobre matki, co to karmią piersią i na złe, które podają modyfikowaną truciznę. Wszyscy mają problem, ale nikt nie szuka rozwiązań.

Dlatego stwierdziłam, że „dam głos”. Nie, nie opowiem się po żadnej ze stron. Chcę tylko poprosić Was o uważną lekturę i chwilę refleksji. Bo tego chyba najmniej w obecnych czasach. Moim punktem wyjścia jest tekst Jacka Jaworskiego „Nauczyciele – leniwe nieroby, które wiecznie narzekają”, który pojawił się gościnnie na blogu MumMe*. Ale tak naprawdę to pretekst do powiedzenia Wam czegoś znacznie ważniejszego.

Słowem wprowadzenia:

Tematem podsycającym społeczne nastroje są podwyżki dla nauczycieli. W Internecie aż huczy od nieprzychylnych komentarzy całej rzeszy ludu polskiego. Wśród nich króluje opinia, że kadra nauczycielska nic nie robi, a chce pieniędzy. Że przecież im tak dobrze, bo tyle wolnego i zaledwie 18 godzin tygodniowo pracują. Wszystko to okraszone wyzwiskami, podlane jadem, zaakcentowane wulgaryzmami. Tak zwany hejt. Nie jest więc żadnym zaskoczeniem, że pojawiają się kontrargumenty. Taką „odpowiedzią” jest wspomniany przeze mnie tekst Pana Jaworskiego.  

Oto pierwsze, wstępne zdanie:

 

 

Nauczyciele to banda leniwych nierobów, którzy mają za dużo wolnego czasu i ciągle narzekają, że za mało zarabiają.

 

To kwintesencja zamieszczonych w Internecie komentarzy, których adresatami są nauczyciele natychmiast zripostowane przez autora w formie pytajników:

 

 

Naprawdę tak o nich myślicie? O ludziach, którzy zaraz po Was są najważniejszymi osobami w życiu Waszych dzieci? (…) kształtują osobowość i przyszłe zainteresowania Waszych dzieci? (…) którzy dostarczają Waszym dzieciom podstawowej wiedzy, aby Wasze dzieci mogły osiągnąć sukces w przyszłości? (…) którzy starają się naprawić Wasze błędy wychowawcze?

 

Czy rodzice to nowobogaccy ynteligenci?

 

 

Zupełnie, ale to zupełnie nie rozumiem czemu Pan Jaworski odwołuje się do komentarzy zawartych w Internecie. Czy naprawdę uważa, że są one miarodajne, wiarygodne, konstruktywne i zapraszające do rozmowy? Pewne jest, że już na początku buduje dystans: nauczyciele, którzy niosą kaganek oświaty i wręcz naprawiają dzieci kontra rodzice, którzy popełniają błędy wychowawcze. Czy widzicie to samo co ja? Autor wcale nie zamierza rozmawiać, uświadamiać – staje po prostu po drugiej stronie barykady i atakuje schematami, uogólnieniami i, między wierszami, obraża. Obraża rodziców, bo o reszcie społeczeństwa, która wiesza psy na nauczycielach zapomniał.

W jaki sposób obraża? Zakładając, że wszyscy rodzice popełniają błędy wychowawcze, które nauczyciele muszą korygować. Wystarczyłoby napisać „naprawić błędy niektórych z Was” i zdanie miałoby zupełnie inny wydźwięk. Zresztą samo założenie, że ktoś inny musi naprawiać czyjeś dzieci jest samo w sobie obraźliwe.

Jeśli po tych słowach ktoś nie poczuł się urażony, to stwierdzenie:

 

(…) szkoła nie jest od wychowania Twojego niewychowanego i rozpuszczonego dziecka.

 

może już nieco ciśnienie podnieść.

 

To jednak jeszcze nie koniec zarzutów wobec rodziców. W skrócie: współcześni rodzice to „elyta”, wchodząca do szkoły niemal z buta. Roszczeniowi, zapatrzeni w swoją dziatwę. Tacy nowobogaccy ynteligenci, którym się wydaje, że są mądrzejsi, bo mają więcej peelenów na koncie, a żadnego dyplomu. I żeby chociaż Pan Jaworski zaznaczył, że jest pewien typ rodziców, ale nie! Stawia wspólny mianownik dla rodzicielskiej społeczności, jednocześnie tłumacząc, że tak, jak są źli i dobrzy policjanci, kasjerki czy sprzedawcy, tak samo są dobrzy i źli nauczyciele. Ale rodzice już nie.

 

Czy warto prowadzić internetowe dyskusje?

 

W kontrze, rzecz jasna, są nauczyciele, którzy należą do wyższej klasy społecznej. To właśnie oni wiedzą i widzą lepiej. Z racji wykształcenia oczywiście.  Należy ich szanować, nie wypada polemizować, ponieważ w 99% przypadków mają rację. Są obiektywni i można ich co najwyżej poprosić o spotkanie w sprawie dziecka…

Ja rozumiem, autor stanął w obronie nauczycieli. Zaatakował tych, co zaatakowali pierwsi. Niby nie można mieć pretensji. Niby można przymknąć oko, że przedstawiona rzeczywistość jest wybiórcza, ale…

Razi mnie w tym tekście arogancja i niespójność. Razi brak rzetelnych argumentów.  Same truizmy i uogólnienia. Po co pisać taki wywód? Czemu on służy? Czy jest lepszy niż cała reszta komentarzy w Internecie?

Chciałabym wierzyć, że w realnym świecie jest lepiej, że jednak potrafimy rozmawiać. Jednak z moich obserwacji wynika, że komunikacja – taka codzienna, międzyludzka – mocno kuleje. Rzadko kiedy wykazujemy dobrą wolę, skupiamy się na tym, by udowodnić, że moja racja jest mojsza, mamy problem z zaakceptowaniem tego, że ktoś może mieć odmienny punkt widzenia. 

Walczymy ze sobą, chcemy zmieniać innych, cały świat, ale powinniśmy zrozumieć, że punktem wyjścia jesteśmy my sami. Wszystko co się dzieje, jest konsekwencją tego, jakie mamy nastawienie.

Pan Jaworski może i chciał dobrze. Ale jedyne co zrobił, to spolaryzował rzeczywistość, w której ci źli, to rodzice.

Kiedy pierwszy raz przeczytałam ową przemowę do rodziców zezłościłam się. Co za bzdury! Ile argumentów cisnęło mi się na usta, byłam gotowa napisać rzeczowy tekst, który obnażyłby luki w rozumowaniu tegoż Pana. Zaczęłam więc pisać. I kiedy czytacie TE WŁAŚNIE SŁOWA, minął mniej więcej miesiąc od kiedy napisałam pierwsze zdanie…

…w internetowej przestrzeni treści mają krótki termin ważności. To, co było przed chwilą za parę minut, czasem nawet sekund, dezaktualizuje się. To nie rozgrywka szachowa, to nie medytacja czy dywagacja – tutaj wszystko działa na zasadzie AKCJA-REAKCJA. I jeśli decyduję się opublikować swoją opinię, która jednocześnie jest reakcją na inną wypowiedź, to w internetowej rzeczywistości jest to reakcja godna flegmatyka ;-).

Dzięki  temu, że codziennie pisałam kawałek po kawałku moja irytacja malała, co pozwoliło mi spojrzeć na wszystko trzeźwiejszym okiem. Zrozumiałam, że nie chcę dołączyć do grona osób, które uprawiają żonglerkę słowną po to, żeby zaspokoić swoje ego, a adwersarza wgnieść w fotel.

Prawda jest taka, że w świecie internetowych dyskusji…

 

…komentujący nie szukają porozumienia. Brakuje w ich komentarzach rzeczowych argumentów. Nie zależy im na komunikacji i wysłuchaniu drugiej strony.

 

Ważna jest ta chwila, w której można, bez zupełnej odpowiedzialności wylać z siebie żółć i gorycz, a następnie nacisnąć enter. To, co się dzieje później, w wirtualnej przestrzeni i poza nią nie ma już znaczenia. Najważniejsza jest ta satysfakcja, ta ulga, poczucie mocy. A może nawet poczucie spełnienia?..

Bo o to zrobiłem/am coś, na co w codziennym życiu nie mam odwagi – wyraziłem/am opinię! Bo co innego powiedzieć, że film mi się nie podobał i szkoda na niego  pieniędzy, a co innego walnąć komuś prosto w twarz: jesteś nieudacznikiem! Jesteś złodziejem! Jesteś żenujący! Co innego zwrócić uwagę kumplowi, że jeździ jak wariat, mężowi zarzucić, że się w ogóle nie stara, a co innego zareagować, kiedy jesteśmy świadkami agresji czy szczerze porozmawiać z szefem o warunkach w pracy. 

 

Kiedy piszemy komentarz nie patrzymy nikomu w twarz, nie zaglądamy głęboko w oczy.

 

Nie bierzemy odpowiedzialności za wystukane na klawiaturze słowa. Bo właściwie jakie konsekwencje poniesiemy? Zresztą, rzadko kiedy widzimy w tym coś nagannego. Jesteśmy przekonani, że TYLKO wyraziliśmy swoje zdanie, nic więcej. Poza tym jeśli coś lub ktoś należy do sfery publicznej, to siłą rzeczy jest wystawione na krytykę i z takową powinien się liczyć.

Pomijam, że w większości przypadków to, co bywa nazywane krytyką jest zazwyczaj aktem przemocy słownej. Równie ważne jest, żebyśmy zaczęli dostrzegać drugie dno tej niekończącej się, internetowej batalii. Oczywiście gorąco namawiam do stawiania konkretnych argumentów, do kulturalnej wymiany zdań, do mediacji – przede wszystkim jednak chciałabym, żebyśmy się nauczyli „czytać Internet”. Zupełnie nie znamy języka tej cyberprzestrzeni, którą nieustannie programują miliony ludzi. Nie weryfikujemy sądów w niej zawartych, prawdopodobnie po prostu nie umiemy. „Łykamy” bez zastanowienia to, co serwują nam różnego rodzaju podmioty, dając wszystkiemu wiarę. 

Czy macie świadomość, że często to MY ODBIORCY, mamy wpływ na treści, które pojawiają w sieci? To my napędzamy tę machinę! Szukamy sensacji i rozrywki. Pragniemy wzruszeń, ale i chcemy wiedzieć kto, z kim i dlaczego? Nie mamy czasu zgłębiać tematu, więc często czytamy tylko nagłówki i parę pierwszych zdań – tak zwany lead. A to z kolei determinuje formę postów czy artykułów zamieszczanych w sieci. Na przykład tytuły – zauważyliście, jaki nagłówek pojawił na wstępie tego tekstu? Przypominam: Czy nauczyciele to nieroby, a rodzice to „nowobogaccy ynteligenci”?  Czego spodziewaliście się po takim tytule? Zapewne tego, że przeczytacie wywód na temat nauczycieli i rodziców. Że albo udowodnię „winę”, albo stanę w obronie. Ile razy zdarzyło Wam się kliknąć w link, bo tytuł wydawał się sensacyjny lub intrygujący – a tu wielka ściema i żenua?

Ja sama dałam się zwieść, poświęciłam swój czas na lekturę czegoś, co było jednostronnym monologiem, pozbawionym solidnej argumentacji. Zwiodło mnie przekonanie, że znajdę konkrety, które pokażą jak naprawdę wygląda praca nauczyciela. Połknęłam haczyk i byłam gotowa wdać się w dyskusję.

To czy odbiorca przeczyta (wnikliwie), czy nie, jest kwestią drugorzędną. Liczy się, że w ogóle kliknął. A jeśli zareaguje to już „chwała na wysokościach”, bo to podbija statystyki i dobrze pozycjonuje artykuł. I nie ma znaczenia czy odzew jest pozytywny.

Zastanówmy się, czy warto angażować się w spory, które toczą się pod postami na portalach siakich i owakich. Czy nasz głos jest istotny, komu i czemu służy? Pomyślmy, czy cokolwiek zmienimy. Przecież za chwilę nasz komentarz zginie wśród setek innych. Przecież za moment cały wątek wyprze jakiś równie ekscytujący, topowy temat.

Nie dajmy sobą sterować! Szkoda czasu na jałowe dyskusje, które co najwyżej podniosą nam ciśnienie. Ugryźmy temat z innej strony. Nie musimy się godzić za zalew złych informacji. Możemy zignorować prowokacje. 

Na początek namawiam do udziału w mojej akcji #podajdalejdobro Zasady są bardzo proste. Zamieniamy nasze tablice na Facebooku, Twiterze, Instagramie w witryny eksponujące dobre treści. Co to właściwie znaczy? Znaczy to tyle, że w opozycji do informacji typu: ukradł, zabił, jak się ubrał i z kim go widziano, publikujemy posty z pozytywnym przekazem. Miejmy oczy i uszy otwarte na historie, które wzruszają i dają nadzieję. To może być coś, co przydarzyło się nam samym. To także wartościowy artykuł, który nas jakoś wzbogacił. 

Napisz o tym parę słów i opublikuj na swojej tablicy. Jeśli to cytat – udostępnij. Podziel się dobrem. Kiedy? Zawsze! To nie jest jednorazowa akcja, nie ma ram czasowych. Zawsze, kiedy uznasz, że warto podzielić się dobrem – zrób to! I koniecznie dodaj hasztag #podajdalejdobro, żebyśmy się mogli znaleźć. Im nas więcej, tym lepiej. Jest szansa, że zdominujemy napływ miałkich, bezwartościowych, agresywnych treści.

*Jeśli chcecie przeczytać tekst, o którym wspominam w poście kliknij -> Nauczyciele – leniwe nieroby, które wiecznie narzekają