Close
czy istnieje terror laktacyjny

Czy istnieje terror laktacyjny?

Nie. Nikt nie przystawiał mi broni do skroni. Nikt nie nękał ani nie próbował wymusić na mnie karmienia piersią. Nikt też nie oponował, kiedy całkowicie przeszłam na sztuczną mieszankę.

Ale nie trzeba ekstremizmu, żeby poczuć się „zbombardowanym” przez front matek, które wybrały jedyną słuszną drogę. Nie trzeba staczać słownych batalii, żeby gdzieś między słowami, między zmarszczką na czole, a kącikiem ust wyczytać dezaprobatę. Taki niemy komentarz, który ma sprawić, że poczujesz się wybrakowana. To w najlepszym wypadku! Bo czasem ten brak oczywistego potępienia jest jak oskarżycielsko skierowany ku tobie palec, jak, co najmniej, wyrok sądu najwyższego, który głosi: „Jesteś złą matką i należy ci się wiecznie potępienie!”.

Już kiedyś opisywałam jak doszło do tego, że karmię mlekiem modyfikowanym -> Jak zagłodziłam swoje dziecko. I wkurza mnie to, że wciąż chcę się tłumaczyć. Że wciąż czuję się wywołana do tablicy, kiedy zbiera się gromada mamusiek i na forum zaczyna biadolić nad wszystkimi innymi matkami, które nie karmią piersią. Nie, nie jest mi wstyd, że żywię mojego Syna sztucznym mlekiem. Nie, nie uważam się za gorszą matkę. Natomiast mam do siebie żal, że poszłam za tłumem, że gdzieś po drodze zgubiłam zdrowy rozsądek. Że dałam sobie wmówić, że dokarmianie to samo zło…

Jesteśmy ssakami, więc ssiemy pierś matki.

To czysta biologia, naturalny mechanizm, a próbujemy doszukiwać się w tym Bóg wie czego. Oczywiście, że to najlepsze, co możemy dać naszemu potomstwu. Oczywiście, że mleko naturalne ma tę wyższość nad sztucznym, że zapewnia ochronę immunologiczną i dostosowuje swój skład do potrzeb dziecka. Wszystko to prawda i nie będę temu zaprzeczać (W końcu dlatego chciałam karmić Syna piersią).

Ale mleko matki to nie jedyny środek wspomagający rozwój i nie jedyny sprzymierzeniec w zacieśnianiu więzi. To, że matka nie karmi piersią nie oznacza, że dziecko będzie rozwijało się gorzej czy wolniej. Nie oznacza też, że pozbawia je w ten sposób swojej bliskości. Świetnym przykładem takiego stereotypowego myślenia była sytuacja, w której znaleźliśmy się, kiedy Synek miał cztery miesiące. Otóż czekaliśmy z Małym w kolejce do okulisty i jak to w przychodni znakomitą większość oczekujących stanowiły osoby starsze. Jedna z pań cały czas nam się przyglądała, w końcu zagaiła, zapytując ile miesięcy ma Synek i ile waży.  Była wyraźnie pod wrażeniem jego siły, zawyrokowała, że szybko nauczy się chodzić i podsumowała zaskakującym spostrzeżeniem: Widać, że karmiony piersią…

…to niesamowite z jaką lekkością oceniamy!

Pierwszy rzut oka i już wszystko wiemy. Czasami odnoszę wrażenie, że wysysamy tę przypadłość właśnie wraz z mlekiem matki. Tak, ja też oceniam. Staram się jednak nie artykułować tego, o czym spontanicznie pomyślałam i zaraz sama się strofuję. Dlaczego? PO PIERWSZE: TO NIE MOJA SPRAWA! PO DRUGIE: NIE ZNAM KONTEKSTU, NIE ZNAM OKOLICZNOŚCI (Czyli: Nie oceniaj książki po okładce). PO TRZECIE: KAŻDY MA PRAWO DO WŁASNYCH WYBORÓW! Ocena przychodzi nam lekko, natomiast trudniej nam zaakceptować fakt, że ktoś podejmuje zupełnie inne decyzje niż my. Nie mieści nam się w głowie, że ktoś reprezentuje odmienny światopogląd, a już najtrudniej jest nam przyznać, że dana osoba może mieć rację.

Nawet nie będę argumentować, że bywa że życie samo za nas wybiera, że traumatyczne przeżycia determinują nasze wybory i nie należy jątrzyć i rozdrapywać rany, bo to powinno być oczywiste dla normalnej osoby z podstawowym pakietem wrażliwości i taktu. Piszę o tym, bo człowiek ma prawo do kształtowania własnego życia w zgodzie z samym sobą. I nie potrzebuje nawracaczy, bo wcale nie zbłądził – on po prostu trzyma się swojej ścieżki. Ot tak, po prostu.

Wracając do mam, które uważają się za ekspertki od laktacji i mają poczucie misji: o, ironio same narzekają na dyskryminację otoczenia, walczą ze stereotypami czy brakiem wiedzy. Skarżą się, że rodzina nie potrafi zrozumieć dlaczego tak długo karmią, stale tłumaczą, że w ich piersiach wciąż jest pełnowartościowy pokarm, a nie woda…Same więc walczą z tymi, którzy wiedzą lepiej (moja racja jest mojsza…).

Znacznie jednak gorsze od samego wtrącania się jest odwracanie wzroku,

kiedy sytuacja właśnie wymaga reakcji. O ileż łatwiej strofować, kiedy w grę wchodzi wybór między piersią a mlekiem modyfikowanym, chustą a wózkiem, miedzy tym czy bujać, czy nie – kiedy i tak wiadomo, że dziecko jest kochane i matka nie da mu krzywdy zrobić. Ale kiedy nie chodzi o tego typu rozterki, kiedy rodzicielka nie wychowuje (Bo tak też można) albo wydaje jej się, że wychowuje (Poprzez razy i szarpanie na przykład) milczymy niczym spiżowe posągi. Co najwyżej zbulwersowanym tonem skomentujemy w gronie sąsiadek i koleżanek, ale nigdy bezpośrednio. Konsekwencje takiego postępowania bywają niekiedy dramatyczne. Okazuje się wtedy, że wszyscy wiedzieli, że żadna nowina i wiadoma sprawa…

Tak sobie myślę: Jeśli nie masz człowieku cywilnej odwagi, żeby zareagować wobec przemocy czy obojętności, to bądź konsekwentny i nie naprawiaj czyjegoś życia wybiórczo.

Podsumowując: Jeżeli terror (Cóż za niestosowne, swoją drogą, słowo) istnieje to niewiele mnie to obchodzi. Mój Syn był na krawędzi, a ja zrobiłam to, co uważałam za słuszne. Pewnie ktoś stwierdzi, że zbyt łatwo zrezygnowałam, a może dla kogoś innego będę  egoistką, ale dla mnie liczy się tylko to, że mam zdrowe i szczęśliwe dziecko. Tyle w temacie.