Close

Człowiek człowiekowi człowiekiem, czyli o tym jak aspołeczne potrafi być społeczeństwo

Kiedyś myślałam, że jestem aspołeczna, nieprzystosowana, na bakier z ogólnie przyjętymi normami. Wyciszona, introwertyczna, z lekka dzika. Lat mi przybywa a wraz z nimi pogłębia się przekonanie, że to ludzie wokół mnie mają problem z funkcjonowaniem w społecznej przestrzeni. Wydaje się, że ich percepcja jest z lekka zaburzona – nie widzą nikogo w promieniu kilometra, jakby cała reszta świata była przezroczysta, niewidoczna, nieistotna.

Człowiek człowiekowi człowiekiem…

Zaobserwować to można na ulicach, w sklepach, w środkach komunikacji – wszędzie tam, gdzie człowiek spotyka człowieka. Z jakiegoś, nieznanego mi bliżej, powodu pewne osoby odczuwają dość intensywną potrzebę ingerowania w przestrzeń osobistą swojego „sąsiada”.

Dla przykładu zjawisko, które dość mocno mnie irytuje, a mianowicie puszczanie muzyki z telefonu. Pomijam kwestię gustu muzycznego, który już może wywoływać pewną różnicę zdań – sam fakt jest po prostu dla mnie wyrazem ignorancji i znieczulenia. Zaraz, przepraszam, żyjemy w wolnym kraju – jak się dowiedziałam od oburzonej pani, którą kierowca autobusu upomniał…

…tak mi jakoś wychodzi, że gdzie zaczyna się wolność jednego człowieka, tam drugiego się kończy…

Innym przykładem są wózkowe, znaczy się Matki Polki, którym wydaje się, że urodzenie dziecka nobilituje je do rangi Matek Królowych. Najgorzej, gdy wózkowe zbiorą się w grupę, utworzą zwarty szyk i za nic nie chcą się przegrupować, kiedy z naprzeciwka nadchodzi szary człowieczek bez atrybutu królewskości (bez wózka znaczy się). Człowieczek taki robi hop w trawę modląc się, by nie czyhała tam na niego rozkoszna psia niespodzianka.

Albo kierowcy ślepi zupełnie na to, co dzieje się dookoła nich. Jaśnie Panowie, którzy nie czują potrzeby zakomunikowania pozostałym uczestnikom ruchu o zmianie pasa na przykład. Nieważne, że postępują wbrew przepisom kodeksu drogowego. Nieważne, że zwyczajnie po ludzku pokazują całej reszcie fakolca – oni, tu i teraz, są najważniejsi.

Martwi mnie, że to nieczułe, widzące tylko czubek własnego nosa społeczeństwo, wychowuje kolejne pokolenia nieprzystosowanych i aspołecznych. Niepokoi mnie, że właściwych wzorców jest wciąż za mało, że zewsząd zalewa nas morze chamstwa, tupeciarstwa i cwaniactwa. Czuję się trochę jak Don Kichot walczący z wiatrakami – osamotniona na placu boju ze swoją empatią uznaną za przejaw szaleństwa.

Martwi mnie tym bardziej, że od kilku tygodni mój Syn jest nowym członkiem tej społeczności. Dlatego chciałabym zaapelować, prosić o odrobinę wrażliwości, o szczyptę elementarnej życzliwości, o cokolwiek, byleby przejście chodnikiem przez miasto nie było bitwą na łokcie i kolana, a przejazd autobusem nie pogłębiał zmęczenia po całym dniu pracy. Chciałabym, żebyśmy się traktowali tak, jakbyśmy byli ludźmi z krwi i kości, a nie powietrzem, niewidocznym bytem...

Choć mam wrażenie, że to artykulacja, która nie trafi celu, a tylko wypełni pustkę. Pozostaje mi chyba wychować syna na człowieka, który – owszem, pielęgnuje swoją jednostkowość, ale – ma świadomość, że tworzy swego rodzaju symbiozę. Że współczucie, współodczuwanie to nie zbędny balast człowieka słabego i niezaradnego, lecz bezwarunkowy odruch, świadczący o człowieczeństwie.